|
Tato zawsze wstawał do pracy bardzo wcześnie. Niekiedy miałem wrażenie, że wyrusza z domu jeszcze we śnie i nigdy nie wie dokąd ostatecznie uda mu się dojść. Na przykład jeżeli przyśni mu się, że jest murarzem to pójdzie na budowę, chwyci kielnię i zacznie układać cegły. Albo że jest kierowcą w nadleśnictwie i prowadzi ciężarówkę do wożenia drzewa – wtedy zanim odpali silnik stanie obok pachnących żywicą, olbrzymich pni i poklepie je niczym krągłe konie. Ale najczęściej śniła mu się chyba prawdziwa praca i punktualnie docierał do Huty Szkła Kryształowego „Julia” przy Szosie Czeskiej. Szklarstwo było połową życia mojego taty, ale też dziadka, pradziadka i prapradziadka, którzy pracowali w hutach szkła całej Europy. Tworzyli kryształy dla arystokratów i komunistów, biskupów i premierów, robotników i inteligencji. „Te kryształowe żyrandole są z Julii” – powiedział mi tato, kiedy zwiedzaliśmy Muzeum Techniki w Warszawie. Ale szkło ma także swoją ciemną stronę, nie tylko tę migoczącą w kryształkach żyrandoli zawieszonych w pałacu podarowanym przez Związek Radziecki. Na jednym ze swoich ostatnich zdjęć, chory już wtedy, dziadek siedzi na tle meblościanki uginającej się od kryształów. Tak, kryształy potrafiły przygnieść, przypomnieć o sobie na starość. I z meblościanki spadły dziadkowi na płuca.
Ale zanim jeszcze tato wyszedł z mieszkania w kuchni brzdękał szklanką, łyżeczką i talerzem, szeleścił papierem śniadaniowym i chrząkał wzuwając buty. Dopiero po odprawieniu wszystkich tych porannych rytuałów wychodził w noc, zapalał papierosa i szedł po trosze jak lunatyk do Huty-Żywicielki, jak ją tutaj wszyscy nazywali, szosą przez las. A noce były wtedy ciemne, ciężkie i ciągnęły się w nieskończoność. Tato wychodził z naszej kamienicy, która stała przy głównej ulicy miasteczka i z której okien na drugim piętrze mieliśmy doskonały widok na księgarnię, bar „Bajka”, pocztę i sklep spożywczy, a w nocy słyszeliśmy muzykę z pobliskiego klubu „Kaprys”. Nie zajmowało mu wiele czasu przekroczenie granicy ostatnich zabudowań, potem szosa wpadała w las i wzdłuż rzeki Kamiennej biegła wprost do huty. Tato chodził tamtędy kiedy jeszcze nie było szosy tylko droga brukowana ze szpalerem klonów pod obu stronach. Potem chodził gdy stała się Szosą Czeską i gdy położyli na niej asfalt. Wreszcie chodził gdy nazwano ją drogą międzynarodową i zaczęły sunąć po niej mercedesy na niemieckich numerach.
Huta stoi w zakolu Kamiennej, blisko miejsca gdzie zaczyna się szlak na Szrenicę. Leopold Schaffgotsch, dawny właściciel wszystkich okolicznych ziem, nazwał ją „Józefina” na cześć swojej żony. Na starym sztychu reprodukowanym często w książkach widać malowniczo położone budynki, między którymi sporo wolnej przestrzeni, woda górskiej rzeki pieni się i faluje, ściana lasu jest zwarta i gęsta, a przechadzający się drogą dwaj mężczyźni w cylindrach wyglądają na pochłoniętych rozmową. Ta scena utrwalona została przez artystę w 1855 roku niedługo po otwarciu zakładu (działał wtedy dokładnie 13 lat), kiedy Wszechświat Szklarskiej, wtedy Schreiberhau, był jeszcze w fazie tworzenia – świeży, młody i pełen nadziei. Knieje gęste, strumienie czyste, w lasach huk zwierzyny, grzybów, jagód i malin. Drogi przeważnie brukowane, ale wiele gruntowych. Brak samochodów, tylko wozy zaprzęgnięte w konie. W architekturze widać konsekwencję, której dzisiaj próżno szukać. I byli górale, bez kierpców, baranic i kolorowych sukien wprawdzie – tutejsi nosili się raczej jak Bawarczycy. W sumie nic dziwnego.
Pierwsze szkło było prymitywne, leśne lub górskie, mętno-zielone, zanieczyszczone popiołem. Po łacinie zwano je vitrum silvestre i vitrum montanum, co brzmi prawie jak nazwy magicznych eliksirów. Podania mówią, że przywiozła je Szklana Pani z włoskiej wyspy Murano. Powstawało w tajemniczych, na poły baśniowych osadach drwali i warzelników potażu, w prostych piecach opalanych drewnem z okolicznego lasu. Huty były wędrowne, ponieważ jak kończyło się drewno wszyscy zwijali manatki i przenosili się w inne miejsce. Były to zresztą czasy podobnie mętne jak tamto szkło, zagubione w mrokach pamięci, zasnute dymem z leśnych pieców. Krwawe, brudne i drapieżne. Dopiero ołów, o ironio losu, dał szkłu przejrzystość (nie można powiedzieć, że dał ją także cywilizacji). Właśnie dzięki temu pierwiastkowi, którym można było także naszpikować przeciwnika pod Jeną, Austerlitz i Lipskiem, a potem pod Verdun, dzięki pierwiastkowi, którym można było wroga nakarmić, sprawić aby przeciwnik go posmakował, nażarł się go w Lasku Bulońskim podczas pojedynku na pistolety czyli innymi słowy ukatrupić, właśnie dzięki temu ciężkiemu metalowi służącemu do odlewania pocisków (ale także żołnierzyków) szkło górskie nabrało blasku i lekkości. Z czasem huty stawały się większe, pojawiły się piece donicowe opalane gazem. Potem weszły elektordówki, piece wannowe, zwane po prostu wannami, działające na prąd. Dzisiaj rządzą automaty, które potrafią zrobić 6 kieliszków w ciągu sekundy. Coraz trudniej zobaczyć hutników nabierających pomarańczowego szkła przypominającego cukierki-ciągutki i formujących z niego kształty wazonu, popielniczki czy dzbanka. A w Szklarskiej prawdziwej huty nie ma już od wielu lat.
Ale nie wyprzedzajmy faktów - huta „Józefina” nad Kamienną, najdoskonalsze ogniwo ewolucji regionalnego szklarstwa, rodzi się, rozwija, zdobywa sławę i renomę na świecie. Jej szkło przebojem wdziera się na rynki angielskie (recenzent „The Times” rozpływa się w pochwałach), z impetem zaznacza na paryskich wystawach światowych i odbija w swoich złoceniach i roślinnych zdobieniach niepokoje belle epoque. Fotografie z czasów niemieckich przedstawiają zakład wciąż się rozrastający, zagarniający w swoje panowanie drugi brzeg rzeki – powstaje hotel, muszla koncertowa, siedziba dyrekcji, stajnie, sklep firmowy. Ludzie ciężko pracują, ale też bawią się. Doroczny zakładowy festyn ściąga tłumy pracowników, ich rodzin i mieszkańców. Dmuchać szkło przyjeżdżają najlepsi mistrzowie szklarscy z Europy, których wyroby są bardziej dziełami sztuki niż przedmiotami użytkowymi. Wkrótce trafią do muzealnych kolekcji szkła w całej Europie. Nikomu nie śni się wtedy masowa produkcja, szklarze to specjaliści od koronkowej roboty. Nie muszą przekraczać normy, dlatego cyzelują, dłubią, dopracowują. I wychodzą im cudeńka.
Wreszcie zegar historii wybija 1 września 1939, rozpoczyna się wojna. Po 1945 roku Polska Rzeczpospolita Ludowa otrzymuje kawałek górzystej ziemi, którego nigdy wcześniej nie posiadała – teren Scheiberhau. Ale miasteczko nie może się tak nazywać – zostaje więc wstępnie Pisarzowicami. I tak nie jest dobrze – nowe miano za bardzo przypomina tłumaczenie z języka ludzi, których już nigdy nie ma tutaj być, dlatego językoznawcy wymyślają nowe, znaczące i turystycznie atrakcyjne – Szklarska Poręba. Huta stoi nadal w zakolu Kamiennej, w zasadzie nie ucierpiała w wojennej zawierusze, jedynie po części rozkradziono jej wzorcownię i magazyny. Wkrótce gubi tylko swoją nazwę, która blaknie jak stara fotografia i pisany gotykiem napis nad bramą. Upominają się o nią bowiem ci, którzy przenieśli się poza zamknięte granice, druty kolczaste i wojskowe posterunki – Niemcy wygrali proces i zabrali „Józefinę” do Schwäbisch Gmünd. Wtedy światu objawia się „Julia” z gwiazdką nad i, na kryształach nową nazwę będą przyklejać na złotych naklejkach. Być może decydent, który nadawał nowe imię lubił czytać Szekspira, może nazywała się tak jego córka lub żona a może, po prostu, sięgnął do kalendarza z imionami, żeby znaleźć inne imię na J? Faktem jest, że w 1948 roku do domu na poniemieckim Osiedlu Huty położonym w pobliżu zakładu przyjeżdża mój dziadek Mistrz Szklarski Alojzy, którego rodzina do tej pory błąkała się Bóg wie gdzie i zostaje w Szklarskiej na resztę życia. Przyjeżdża z tatą, który jeszcze tatą nie jest. Zakładowi pod nową nazwą udaje się utrzymać klientów i najwyższą jakość – przynajmniej tak się wszędzie oficjalnie mówi i pisze. Dowodem 36 krajów na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy – tam trafiają kryształy robione przez dziadka. Wazony z „Julii” mają gringo w meksykańskich hacjendach, kanadyjscy traperzy i teksańscy milionerzy. I niby wszystko pięknie a jednak, aby włożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu, w Polsce Ludowej od huty szkła kryształowego w Szklarskiej Porębie odwraca się szczęście.

Z lotu ptaka to kilka czarnych budynków rozrzuconych jak kamyki na białym śniegu owiniętych wstęgą dziurawej drogi. Ale wewnątrz, w brzuchu, w bebechach, w trzewiach huta jest ciepła i pachnąca. Wszyscy nawet jak jej nienawidzą i przeklinają to i tak kochają całym sercem. Mówią: huta, hucie, hutą, za hutą, koło huty, na hucie, nasza huta, huckie, hutnicy, hutnik. Żyją zakładem. To dźwięczne „samo ha” bez przerwy rozbrzmiewa w rozmowach. Wszyscy pracowali, pracują lub będą pracować w hucie. Huta kojarzy pary, przygarnia samotnych, pociesza strapionych. Huta-Żywicielka. Huta-Matka. Hucie zawdzięczamy wszystko. Obok nadleśnictwa i odkrywkowych kamieniołomów granitu to największy miejscowy zakład pracy. Oczywiście teraz także upaństwowiony, wspólny i socjalistyczny. Dlatego produkcja szkła rośnie w tempie błyskawicznym (zaświadczają o tym wszystkie tabele drukowane w książkach po 1945). Dlatego zimą magazynierzy kradną wazony i popielnice owijając szmatami a następnie wyrzucając przez okno w głęboki śnieg. Dlatego okres niemiecki staje się „czasem kapitalistycznego wyzysku”, kiedy wielokrotnie miały miejsce strajki, podczas których „aktyw robotniczy” protestował przeciwko „iście feudalnemu wyzyskowi”. Teraz hutnicy-szklarze stają się stachanowcami zobowiązanymi do przekraczania 100% normy. Dostają medale i premie, wychodzą na honorową trybunę 1 maja i 22 lipca. Sekretarz POP ściska im dłonie, podobnie sekretarz MRN i naczelnik miasta. Oprócz huty są oczywiście domy FWP, ale turystyka jeszcze nie gra pierwszych skrzypiec. Drewniane figurki Ducha Gór i staropolskie karczmy piwne nie mają wtedy nic do gadania. Na turystów nie wylewają się z drewnianych stoisk kożuchy, kapcie i ciupagi. Nikt nie słyszał o karaoke, rollercoasterach, małpich gajach, parkach dinozaurów, dmuchanych zjeżdżalniach i skwerze radiowej Trójki z ustami Marka Niedźwiedzkiego i Moniki Olejnik. To wszystko nastanie później. W czasach FWP ludzie przyjeżdżają na wczasy metodycznie, według rozdzielnika planu centralnego. Według tej samej zasady w dzieciństwie dziesięć razy pojechaliśmy do Świnoujścia, bo huta miała tam ośrodek wczasowy. Nad samym kanałem, przez okno widać było holowniki. Na plażę szło się przez las gęsty od komarów a w każdym pokoju był taki sam szmaciany parawan.
Tato, który każdego zimowego ranka docierał prawie po omacku do portierni strzegącej wejścia na teren zakładu HSK miał świadomość, że oto osiągnął gorące, pulsujące serce Wszechświata Szklarskiej. Wiedział, że wszystkie drogi i ścieżki w tym miasteczku nie do Rzymu prowadzą lecz do Huty-Żywicielki i że ze szkła kryształowego powstaliśmy i w szkło kryształowe się obrócimy. Autobusy dowoziły pracowników (przed bramą znajdował się przystanek PKS), nieliczni podjeżdżali samochodami a większość docierała na piechotę. Szli przez lasy świerkowe, przez śniegi z torbami na ramionach, w których spoczywały kanapki z kiełbasą i termosy z herbatą. Na główną halę prowadziła kamienna, łukowo sklepiona brama, ponad którą w drewnianej wieżyczce znajdował się kiedyś dzwonek wzywający ludzi do roboty i ogłaszający fajrant. Tato pracował jako hutmistrz, wchodził do swojego biura, z którego przez przeszkloną ścianę widać było całą halę i ubierał niebieski fartuch. Jedni hutnicy schodzili po nocce, ale zaraz pojawiali się inni, wyspani albo skacowani, przebierali się, przygotowywali narzędzia i stawali do roboty. Musicie uwierzyć, że wtedy, właśnie tutaj, na środku hali, gdzie pracowali szklarze znajdowała się axis mundi Szklarskiej. I nikt nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
Mój dziadek Mistrz Szklarski Alojzy na piechotę chodził tylko do pracy i na grzyby. Do pracy miał blisko, a na grzyby chodził bo lubił. Dodam, że nie posiadał bynajmniej samochodu ani prawa jazdy – jednak w każdym innym przypadku zawsze jeździł taksówką lub znajdował kierowcę z samochodem. Szkło było dla niego materią, z której można stworzyć wszystko. Nie znał się na murarce, ogrodnictwie, ciesielce, nie pisał wierszy, nie miał zapędów gawędziarskich, ale rozumiał szkło, wiedział jak go dotykać, jak nim obracać, znał jego plastyczność, rozpoznawał zapach i niewykluczone że smak. Piechotą chadzał także we śnie. Przyśniło mu się raz, że cały świat jest ze szkła – drzewa, domy, ulice, ludzie, psy. Dziadek spacerował, wszystkiego dotykał, podziwiał i zachodził w głowę jak komuś udało się zrobić coś tak doskonałego. On przecież też był królem Midasem, wszystko czego dotknął zamieniał w szkło – a jednak takiej doskonałości nie osiągnął. Dziadek zaczął pracować w hucie „Julia” kiedy jeszcze większość jej załogi stanowili Niemcy. Od razu został majstrem, bo szklarstwa ojciec uczył go od najmłodszych lat. Wcześniej pracował przy kryształach w hutach w Krośnie i Tarnowie. W Orzeszu robił butelki, w Gliwicach bombki choinkowe. W „Julii” pozostał do roku 1974, ale na emeryturze nie odciął się od szklarstwa – jeździł do hut w Gorlicach, Środzie Wielkopolskiej i Cieplicach. Szkło nie chciało go opuścić. Nie potrafił go wyrzucić z głowy.
Osiedle Huty tworzą niskie, piętrowe domy ze strychami, w każdym po cztery mieszkania. Zbudowano je blisko zakładu – aby dotrzeć do wejścia na hutę wystarczyło przejść przez most i iść chwilę wzdłuż rzeki, ukrytej za betonowym ogrodzeniem. Taką trasę pokonywał tato, który co dzień nosił dziadkowi obiad. Osiedle to peryferie Szklarskiej. Dalej droga prowadzi w pobliżu torów kolejowych już tylko do przygranicznych Jakuszyc. Tylko, bo do roku 1989 Jakuszyce były końcem Polski i świata. Dalej rozciągała się sieć WOP-owskich strażnic, którymi pokryto ziemię niczym pajęczyną, sieć przyczółków i gniazd karabinów maszynowych, królestwo żołnierzy z kałasznikowami, wszechmocnych wopistów, mogących wyskoczyć zza każdego drzewa i odstrzelić tyłek, nieważne czy zbierało się jagody czy prowadziło działalność proimperialistyczną. Zimą na Osiedlu śnieg sięgał dachów a sarny podchodziły pod drzwi w poszukiwaniu jedzenia. W czasach tużpowojennych nikt nie umierał tam z przyczyn naturalnych. Do tej pory cmentarze miejskie w całej Szklarskiej służyły Niemcom, to ich chowano w kamienistej ziemi przyciskając nagrobkami zapisanymi ciernistym pismem. Nie myślano o śmierci. Dziadek z babcią byli młodzi, podobnie inne rodziny, które przyjechały tutaj, na wentyl Ziem Odzyskanych. Wszystko dookoła niczym tabula rasa, oczekiwało na zapisanie, uzupełnienie brakujących pól, nasycenie znaczeniami. Świat przypadkowo podarowany w wyniku działań ślepej wojennej machiny kipiał niczym dojrzałe wino porzeczkowe, buzował jak hormony, czekał na nowe zagospodarowanie. Na osiedlu wszyscy się znali, odwiedzali i było to przeżycie zgoła metafizyczne. Tęgo się piło, hodowało kury, króliki i świnie, pędziło bimber i wino. I gadało. Główny temat: huta. Ludzie ze wszystkich stron Polski i Europy wciąż gadający o szkle. Nie mieli wiele, ale mieli wszystko. Podręcznikowe lepsze czasy – oto Osiedle Huty z lat 40. i 50.
Tato nadzorował wsypywanie mieszanki do wanny. Mieszanka: piasek szklarski, minia ołowiowa, saletra, arszenik, potaż. Wanna: elektrodowa, uruchomiona w 1979 roku. W opinii większości szklarzy był to zły krok, który pogorszył jakość szkła. Chociaż donice za komuny robiono strasznie nędznie i pękały na potęgę – do tego stopnia, że raz na zakładzie kilka miesięcy siedziało UB i badało czy to nie sabotaż. Sabotażu jednak nie było, ale w pękających donicach kryło się ostrzeżenie, że wielkimi krokami zbliża się kres huty w Szklarskiej. Skąd kres? Po pierwsze z powodu dyrektorów, do których zakład nie miał nigdy szczęścia – zwykle byli to ludzie z nadania partyjnego, nie mieszkający na miejscu, obcy. Mówiło się, że nie mają serca do szkła. Po drugie z roku na rok spadało zainteresowanie kryształami. W Polsce nadal wpychano pękate wazony w ramach łapówki lekarzom i urzędnikom, nadal zastawiano nimi meblościanki, ale zegar historii przygotowywał się już do kolejnej roszady. Z zagranicy spływało coraz mniej zamówień, do tego kraj wszedł w ciemny i tragiczny okres stanu wojennego. Kolejni dyrektorzy nadal spoglądali przez okna swojego gabinetu na dymiące kominy, ale było to jedynie niezbyt energiczne zaklinanie czegoś co i tak musiało nastąpić. Tymczasem przedstawienie trwało nadal – mieszanka wpadała do wanny, hutnicy nabierali szkła przypominającego cukierki-ciągutki i dmuchali w piszczele – nikt nie przypuszczał, że to wszystko może się kiedykolwiek skończyć.
Powyżej Osiedla znajdowała się stacja kolejowa Szklarska Poręba-Huta. Za czasów niemieckich i na początku polskich pięknie zagospodarowana i zadbana. Ze ścieżkami ogrodzonymi metalowymi ozdobnymi ogrodzeniami, schludnymi drewnianymi budynkami mieszczącymi poczekalnie i toaletę, z kwitnącymi na biało i purpurowo drzewami głogu. Pociąg dojeżdżał tutaj do końca lat 50. Na stację przywożono dostawy składników dla huty i stąd też zabierano gotowe kryształy. Potem składy przestały przyjeżdżać, bo przestawiono się na transport samochodowy. Stopniowo stacyjne budynki zagospodarowane zostały przez ludzi niegdyś kierujących stacją z ramienia kolei, którzy urządzili tam komórki, składziki i kurniki, w pobliżu pojawiły się ogródki warzywne i kwiatowe, wszędzie zaczęły wyrastać brzózki i niebieski łubin, rosły górki gruzu, zbutwiałych desek, szkła. Nikt już nie dbał o wyrywanie chwastów, tory zarosły trawą i opanowały je jaszczurki wykorzystując do bezpiecznego wygrzewania się na słońcu. To zarastanie stacji opanowało także Osiedle. Czytelne, początkowe lata kiedy wszyscy mieszkańcy trudnili się szklarstwem zaczęły odchodzić w przeszłość. Starsi przeszli na emerytury, młodsi szukali szczęścia w innych zawodach. Pojawiły się płoty grodzące podwórka, skończyły sąsiedzkie wizyty i opowieści. Huta z wolna przestawała być częścią wspólną. Ktoś wyjechał do Ameryki, ktoś zapił się na śmierć, jeszcze inny został prywaciarzem i otworzył budę z pamiątkami przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę. Ten i ów posmakował lepszych pieniędzy i już nie chciało mu się stać przy rozgrzanym piecu. Coraz mniej ludzi skręcało rankiem w kierunku huty w drodze do pracy. Osiedle Huty powoli stawało się zwykłym osiedlem.
Nadeszły lata 90. Umarł dziadek, tato przeszedł na emeryturę i w ten sposób ostatnie związki naszej rodziny z hutą zostały zerwane. Kolejne pokolenie nie poszło bowiem w ślady przodków. Zakład nad Kamienną funkcjonował coraz gorzej, wydawało się że nic go nie uratuje. Za to w miasteczku coraz wyraźniej czuło się ducha nowych czasów – masowo zaczęły powstawać przejawy prywatnej inicjatywy w rodzaju sklepów, knajpek i pizzerii. FWP oddało miastu większość swoich domów wczasowych i pensjonatów, które wydzierżawiono mieszkańcom. Na witrynach sklepów i w strojach pojawiły się jaskrawe kolory, którymi ludzie szaleńczo upajali się po latach bezbarwności. Nieśmiało rozpoczynała się nieznana wcześniej walka o klientów-turystów, którzy stali się nagle wielce pożądani i jednocześnie, z dnia na dzień zaczęli wybrzydzać i kręcić nosem. Wzmożone zostały wysiłki, aby wybudować jeszcze jeden wyciąg krzesełkowy. W odpowiedzi ekolodzy zorganizowali protesty. Zrozumiały do tej pory Wszechświat Szklarskiej zadrżał w posadach i na gładkiej powierzchni pojawiły się pęknięcia.
Ostatni akt zaczął się od tego, że pod koślawą, nienaprawianą i niemalowaną od lat bramę huty podjechał szeroki, przysadzisty samochód błyszczący w słońcu. Z wnętrza wysiadły dwie osoby – tęgi mężczyzna w niebieskiej marynarce i kowbojskim kapeluszu oraz oficer ubrany w galowy mundur pełen złoceń i orderów. Welcome! – powiedział mężczyzna, który wyszedł im naprzeciw. Thank you very much! – odpowiedział głośno i zdecydowanie Amerykanin w kapeluszu, z kieszeni wyjął metalową piersiówkę i pociągnął solidny łyk. Let’s go! – zakomenderował po zaspokojeniu pragnienia i przekroczył bramę zakładu. W taki właśnie sposób HSK „Julia” w Szklarskiej Porębie weszła na moment w okres krwiożerczego kapitalizmu i została sprzedana obywatelowi amerykańskiemu polskiego pochodzenia. Tamtego dnia przeszedł się on po zabudowaniach zakładu w towarzystwie przyjaciela, który był generałem US Army. Obaj mieli starannie wypolerowane kowbojki i z premedytacją kaleczyli język polski. Mówili: My baadzo kochac Polske i tym podobne bzdury. Generał został nowym dyrektorem huty, co już samo w sobie nie było dobrą wiadomością – jak wiadomo tam, gdzie wkracza amerykańskie wojsko nigdy nic nie udaje się rozwiązać z pozytywnym skutkiem. Szybko okazało się, że wojskowy wprowadził w zakładzie system zarządzania inspirowany poczynaniami dyktatorów z republik bananowych – nastał krótki czas klakierów, pochlebców i donosicieli. A dla zakładu – zarządzania rabunkowego. Kierownictwo podniosło sobie pensje do niebotycznego poziomu, a produkcja kryształów zeszła na dalszy plan. Nie minęło wiele czasu kiedy okazało się, że huta jest już hutą tylko z nazwy. Bez pompy, po cichu i ze wstydem zamknięto zakład. Opróżniono wnętrza zabytkowych budynków, wykonane za komuny dobudówki zburzono. Na drzwiach i bramach zawisły łańcuchy ozdobione kłódkami. Kłódki wkrótce zardzewiały.
Tato opuszczał zakład pracy po godzinie piętnastej. Wychodził z hali na zaśnieżony świat, patrzył na rzekę, na wierzchołki drzew porastające zbocza w pobliżu wodospadu Kamieńczyka i wciągał głęboko do płuc świeże powietrze, które doskonale orzeźwiało po ołowianych wyziewach. Huta żyła – dźwięczało przewożone szkło, przesypywano stłuczkę, przejeżdżano samochodami, nawoływano się, rozmawiano. Do portierni tato dochodził odśnieżonym już chodnikiem, a za bramą jeszcze raz oglądał się na budynki i ich dymiące kominy. Póki istnieje huta wszystko jakoś będzie się układać – tak być może wtedy myślał i powoli ruszał w drogę powrotną do domu wiedząc że nazajutrz tutaj wróci. Dzisiaj huta w Szklarskiej Porębie to jedynie skorupa po której hula wiatr – ściany i dziurawy dach skrywające puste wnętrze wypatroszono jak u wigilijnej ryby. Kiedy spojrzy się na nią z drugiego brzegu rzeki widać wytłuczone szyby, brzozy rosnące już dosłownie wszędzie, a szczególnie na dachach i bezsensowne bazgroły wypisane sprayem. Z pewnością hrabia Schaffgotsch dostałby po raz drugi zawału serca gdyby zobaczył martwe i zimne budynki, które niegdyś wznosił. Ktoś jednak postanowił, że zakład nad Kamienną zostanie brutalnie zepchnięty na bocznicę historii i pamięci, dlatego trudno się dziwić, że już coraz mniej osób wzdycha patrząc na zapadające się w ziemię mury, że coraz mniej osób pamięta czym była huta i coraz mniej osób interesuje się losem rudery stojącej przy Szosie Czeskiej. Nie wszyscy jednak zapomnieli. Dla tych nielicznych dawnych majstrów czy bańkarzy brak huty jest pustym miejscem w duszy. Dziurą w sercu. Nie przesadzam. Jestem pewien, że gdyby dziadek jeszcze żył i razem z tatą usiedliby za stołem a mieli do tego dusze bluesmanów, gdyby jakimś sposobem Kamienna zamieniła się w Missisipi a oni, mój dziadek i mój tato, potrafiliby grać na saksofonie, pianinie albo przejmująco śpiewać to zaśpiewaliby tęsknie „Huta, huta on my mind” zupełnie jak Ray Charles. I wtedy cały świat poznałby tę piękną i smutną historię huty szkła kryształowego w Szklarskiej Porębie i cały świat, zapewniam was, rzewnie by nad tą historią zapłakał. Łzami przejrzystymi jak szkło.
© Bartosz Wokan
|